Rozwód w kulturze hindi

Na indyjskiej prowincji od wieków o wszystkim decydują mąż i jego rodzina. Żona to człowiek drugiej kategorii. Do lat 60. XX wieku w Indiach szokował przybyszów obyczaj sati – samospalenia wdowy na stosie pogrzebowym męża – umierały, bo czekały je izolacja i wstyd. Kiedy Hinduska jest bita i zamykana w areszcie domowym, wyrwanie się z małżeństwa jest jak ucieczka z więzienia – wspaniałe nierealne marzenie. Jak obrazowo pisała Shobhaa De’ w książce „Spouse. The Truth about Marriage”, indyjska kultura wciąż wymaga, by po wyjściu za mąż kobieta zmieniła się w amebę i trwała w sztucznym związku. Jednak od kilku lat ameby zaczęły się buntować i zmieniać Indie. W lutym „Times of India” podał szokującą wiadomość: w 2010 roku zarejestrowano 8391 zgonów poparzonych kobiet. Najczęściej umierały w „wypadkach” w kuchni: oblane rozpuszczalnikiem, chwilę później podpalane. Czasem były głodzone na śmierć. Powód? Ich rodziny nie zapłaciły rodzinie męża odpowiednio wysokiego posagu.

Rozwodowa rewolucja obyczajowa dokonuje się głównie w metropoliach. Bangalur, Delhi i Bombaj – to wyspy równouprawnienia na morzu konserwatywnej prowincji indyjskiej. W Indiach nie ma oficjalnych ogólnokrajowych statystyk rozwodów. Na podstawie wyrywkowych badań wiemy, że tak zapewne kończy się od 2 do 7 proc. małżeństw. To nic w porównaniu z zachodem Europy i z USA, gdzie rozpada się co drugi związek. Ale dużo jak na Indie, gdzie 10-20 lat temu był to ułamek procenta.

Fala rozwodów zalewa od kilku lat stolicę Indii, New Delhi. W latach 80. były tam dwa sądy rozstrzygające takie sprawy, dziś jest aż 16. Stolica to pierwsze miasto Indii, gdzie rozwód zaczyna uchodzić za coś normalnego. Od ubiegłego roku prawo w Indiach sankcjonuje go ze względu na nieodwracalny rozpad związku bez orzekania winy stron. Internetowe agencje prawnicze oferują więc polubowne, ekspresowe rozwody w sieci. Wystarczy wysłać SMS i zapłacić kilkaset rupii. Kusząca opcja, bo sprawy o rozwód w sądach ciągną się i pięć lat.

Małżeństwo z miłości nie jest patentem na sukces. Zdaniem znanego psychoanalityka indyjskiego, Sudhira Kakara, rosnąca liczba rozwodów w Indiach to wynik rozsadzającego związki konfliktu: młodzi Hindusi wierzą w miłość pary wolnych ludzi, ale dla wielu nadal ważniejsze od żon są tradycyjne więzi z matką, ojcem i rodzeństwem. Często syn nie chce się wyprowadzić z domu rodzinnego, choć żona jest w nim lekceważona. Kiedy dochodzi urażona męska duma, żona zarabia więcej i robi karierę, los małżeństwa jest przesądzony. Swoje robi również postępująca emancypacja hinduskich kobiet z wielkich miast. Za dnia pracują w bankach, call center, gdzie odpowiadają na telefony z Europy czy USA. Po powrocie do domu trudno im się wcielić w rolę potulnej połowicy.

Pojawienie się nowego zjawiska zrodziło cały sektor usług okołorozwodowych. Młodzi chętnie zaglądają na serwisy randkowe. Ich rodzice zaś do agencji detektywistycznych. Kiedyś małżeństwa były aranżowane, partnerzy byli dobrze znani. Takich agencji detektywistycznych działa w Indiach już 15 tysięcy. Za kilkaset dolarów oferują solidne prześwietlenie kandydatki lub kandydata na współmałżonka: zbadają preferencje seksualne, poprzednie związki, status materialny i zawodowy.

Powody wniosków rozwodowych padające na salach sądowych wydają się trywialne, takie jak choćby rozrzucanie po domu brudnych skarpetek albo walka o pilota telewizyjnego (przypadek męża, który zabraniał żonie oglądania popularnych seriali, a ta wniosła o rozwód). Indyjskie media donoszą też o pierwszych kobietach wychodzących za mąż dla pieniędzy (rekordzistka z Bombaju rozwiodła się już dziewięć razy) i próbach powołania w Indiach... ruchu obrony praw mężczyzn.

I tylko indyjska prowincja ma sprawdzony sposób na kłopoty małżeńskie: nie przyjmuje ich do wiadomości. Rozwody to wciąż zjawisko przede wszystkim miejskie. Wieś i miasteczka to miejsca, gdzie zatrzymał się czas. Romans młodych ludzi z różnych kast nadal grozi krwawą zemstą rodzin, a rozwód skazuje kobietę na izolację. 69 proc. mieszkańców Indii – 833 miliony – mieszka na wsi. Tam obyczajowa rewolucja jeszcze nie dotarła.

Jednoczesne małżeństwa setek lub tysięcy par w Indiach to forma pomocy socjalnej i promowania postępu na prowincji, bo drobnych indyjskich rolników nie stać na huczne wesela. Organizatorzy masowych ślubów – politycy i władze indyjskich stanów – dbają o ich niskie koszty. Parom z różnych kast fundują wręcz nagrody finansowe (tradycja nakazuje małżeństwo tylko w ramach własnej kasty). Jak donosił „The Times of India” w ubiegłym roku wśród 1001 uczestników masowego ślubu w Nagpur było 28 takich par. Każda otrzymała 50 tysięcy rupii, czyli ekwiwalent niezłych rocznych zarobków. Masowe śluby to też okazja do krzewienia tolerancji wyznaniowej. W Nagpur było 28 muzułmanów, 198 buddystów i 2 chrześcijan. Ceremonię celebrowali kapłani wszystkich religii.

Wszystko to nie zmienia faktu, że w Indiach większość małżeństw, także masowych, to związki aranżowane – państwo młodzi widzą się pierwszy raz krótko przed ślubem, po tym jak o ich losie zdecydują rodzice. Małżeństwo jest kontraktem finansowym dwóch rodzin, mimo że od 1961 roku indyjski kodeks cywilny, a potem karny zakazują żądania posagu. Tradycja płacenia (bądź kupowania prezentów) rodzicom pana młodego prowadzi w Indiach do przemocy wobec młodych mężatek (a nawet do ich głodzenia lub mordowania).

Milena Bodych

Pytania i odpowiedzi zobacz więcej >>